24.7.07
Kieliszki kolejne
Generalnie jest ich sześć i od jakiegoś czasu mieszkają w Łodzi ;) Trzy pozostałe są podobne; góra wyciskana z formy i angobowana potem, żeby podkreślić spękania, a dół ze zwiniętego paska gliny. Dół dodatkowo nie jest szkliwiony, ma fajną fakturę. Mają pojemność około 50 ml; nadawałyby się na miód na przykład. Lubię je.
10.7.07
Raspberry Coffee
Tort imieninowy znaczy. Miał kształt serca, był średniej wielkości - cóż, 90% zjedzone i tylko tyle praktycznie zostało, żeby zrobić zdjęcie.
Ćwierć szklanki kawy zalanej wrzątkiem do pełna,
2 szklanki mąki,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
100 ml oleju roślinnego,
3/4 szklanki drobnego cukru,
2 jajka.
Bez wielkiego nabożeństwa wrzuciłam wszystko do miski i wyrobiłam mikserem. Wydawało się nieco za rzadkie, w wyniku czego dodałam trochę mąki; nie wiem, ile dokładnie.
Piecze się około pół godziny w 180 stopniach. Po wyjęciu trzeba ostudzić i przekroić na pół.
W trakcie pieczenia można przygotować poncz. Ja zrobiłam również bez nabożeństwa - połączyłam wodę, cukier i sok z cytryny w takiej proporcji, żeby było cytrynowe i słodkie. Do lekkiego nasączenia ciasta trzeba nieco ponad pół szklanki płynu. Nasączyłam.
Dwa małe opakowania śmietany kremówki dobrze schłodziłam (jeśli z czasem jest krótko, wstawiam do zamrażarki na godzinę-półtorej; jeśli kto przezornie zaopatrzył się w śmietanę wcześniej, wystarczy jej spędzić noc w najzimniejszym miejscu lodówki). Wrzuciłam do garnka i ubiłam, cała w strachu, że przedobrzę i zrobię masło, jak ostatnio.
Na koniec zostaje układanie warstw: Ciasto, śmietana, maliny, śmietana, ciasto, śmietana, maliny. Dobre ;)
8.7.07
Tydzień w błocie
Jak pisałam tutaj, tydzień siedziałam w błocie Lubelszczyzny próbując toczyć na kole. Realne efekty będzie widać za miesiąc pewnie (powolne schnięcie, wypał na biskwit, szkliwienie, wypał szkliwa), na razie więc musicie się zadowolić tymi świeżynkami, jeszcze niewyschniętymi. Zdjęcia były robione w piwnicy aparatem w telefonie; nie oczekujcie więc dobrych zdjęć ;)))
Powyżej - trzy amforki, świecznik i filiżanka nieopatrzone jeszcze uszkami. Ciężko rozpoznać, które jest które - świecznik jest drugi (teraz ma masywne uszko), filiżanka czwarta (uszko delikatniejsze; jeśli nie pęknie w wypale, będzie szkliwiona na wrzosowo). Amforki zostaną w biskwicie albo będą szkliwione tylko w środku, for more archeo look.
Kolejny świecznik (nie będzie miał uszka), kolejna amforka i dwojaki. Z dwojakami jest potężny problem - trzeba wytoczyć dwie takie same formy, co stanowi spore wyzwanie. W ogóle toczenie jest wyzwaniem. Uszko dwojaków, jak orzekł mistrz Piotr, jest w stylu bolesławieckim. Nie miałam o tym pojęcia; po prostu nie było jak zrobić poprzecznego.
Butelki to ostatni dzień kursu; Piotr wyciąga półmetrowe butle i niewiele niższe bańki; my zadowalaliśmy się 25cm buteleczkami. Pierwsza butelka podoba mi się najbardziej, niestety musiałam ją poważnie naprawiać; odcięta za wysoko miała dziurę w dnie. Cudnie byłoby nalać do niej miodu dwójniaka, a potem nalewać z niej do glinianych, małych czarek.
Duże miski też robiłam wczoraj. Mają jakieś 15 cm wysokości i żałuję, że nie udało mi się wytoczyć większej. Potrzebna jednak na taką wielką misę gałka gliny (1,2 - 1,5 kg) jest jednak jeszcze dla mnie za trudna do wycentrowania; wyrywa się z rąk, wichruje i opada.
A to już żart; po wytoczeniu tego słoiczka (który miał być megafiliżanką) stwierdziłam, że jest tak kubusiowaty, że inaczej się nie da. W ataku głupawki napisałam na nim, co napisałam i dorobiłam pokrywkę. Pokrywki fajnie się robi; trzeba utoczyć gałkę, a potem miniaturowy talerzyk na konkretny wymiar, a po wstępnym przeschnięciu połączyć.

